Processed with VSCO with g3 preset

Wspomnienia emigranta #2 O tym nie uczą w szkole

Poprzednia część serii:

Wspomnienia emigranta #1 jak mieszka się w uk?

    #     Żeby przeżyć wystarczy znać kilka kluczowych słów, tj. sex, marlboro, coca-cola. Nie żartuję. Poznałam ludzi, którzy mieszkają w Anglii od 5-10-15 lat, a ich zasób słów zaczyna się i kończy na Hello, OK, Bye. Są polskie osiedla, polskie sklepy, polscy lekarze, kina, fryzjerzy, kosmetyczki, agencje pracy. A we wszystkich magazynach i fabrykach pracujesz z Polakami. Jeśli więc nie znasz języka to wiedz, że bardzo trudno w Anglii nauczyć się angielskiego. Trzeba bardzo chcieć i szukać sposobów na kontakt z ludźmi anglojęzycznymi. (No, komfort tego jak się żyje w kraju bez znajomości języka pozostawiam Wam. Szanuję ludzi, którzy są ok z takim życiem.)
Mało tego! We wszystkich placówkach publicznych, jak urzędy i służba zdrowia, masz dostęp do tłumacza – Ty podnosisz słuchawkę telefonu po Twojej stronie biurka, obsługująca Cię osoba podnosi słuchawkę swojego telefonu, po swojej stronie biurka i tłumacz telefonicznie prowadzi za Ciebie rozmowę. Co prawda nie wiem do końca jak to działa, czy to automat czy człowiek, bo nigdy nie korzystałam, ale nikt nie zostaje pozostawiony sam sobie bez pomocy.

#    A o kontakt z Brytyjczykami trudno, bo Twój angielski jeszcze długo po przyjeździe będzie brzmiał jak język niewychowanej świni i ludzie będą mieć Cię za niedouczonego chama i prostaka. Pogódź się z tym i jak najwięcej energii zainwestuj w naukę. To chwilę trwa zanim zaczniesz czuć różnicę pomiędzy „I want order a coffee with soy milk.” (mówi tak nikt nigdy. wymarz to z pamięci.) a uprzejmym „I’d like a soy latte, please.” or „Could I have a soy latte, love?”. (Love – Kochana/y jest takie bardzo Yorkshire, więc w Leeds było to na porządku dziennym (btw. hrabstwo 'Jorkszer’, nie 'Jorkszajer’. nie żyjemy w świecie z Hobbitami.)) Złota zasada angielskiego brzmi: im więcej please, tym lepiej. Dlatego do każdego zdania dodawaj please. Jeśli umiesz coś więcej, tym lepiej dla Ciebie.

Angielski w pigułce

Buraki mówią: Anglicy mówią:
Give me this pen. <- To rozkaz! A nikt nie lubi rozkazów. Od razu wszyscy biorą Cię na najgorszy sort ludzi. Could you lend me your pen, please?
Can I take your pen for a while, please?
You must place that book somewhere else. <- Nigdy nie używamy must – nie możesz nic nikomu kazać. Możesz jedynie grzecznie poprosić licząc, że ktoś będzie na tyle miły, żeby spełnić Twoją prośbę. Please, place that book somewhere else.
Could you please place that book somewhere else?
I open the window, ok? <- Kiedy chcesz otworzyć okno w busie nikt nigdy tak nie mówi, szczególnie do obcych osób.  Would you mind if I opened the window? 
You can take this chair. <- Np. kiedy ktoś pyta czy może wziąć wolne krzesło od Twojego stolika. Trzeba uważać, bo  You can może być bardzo obraźliwe obraźliwe. Możesz zabrzmieć jak król, który łaskawie pozwala swojemu paziowi wypolerować buty.  Yes, please, go ahead. /
Sure, feel free. / 
Of course, not problem at all.

Chodzi o ton wypowiedzi, nikt tak nieuprzejmie się do siebie nie zwraca i po prostu ludzie Cię nie lubią, kiedy odnosisz się do nich bez szacunku. Jeśli więc chcemy być brani na serio, szanowani i lubiani, to warto się orientować. I jest pierdyliard takich małych rzeczy, o których my – not-natives – w ogóle nie mamy pojęcia, a na tej podstawie się nas ocenia. 

Podrzucam Wam filmik Speak English With Vanessa. Od 0:55 do 1:10. To jest kwintesencja tego, co próbuję Wam tu wyjaśnić : )

    #    Inność nie wzbudza sensacji. Piercing, kolorowe włosy, tatuże, mniej lub bardziej szalone stroje i makeupy, jednopłciowe pary okazujący sobie uczucia, w każdym wieku i w każdym kolorze skóry. I młodzi, dorośli i tacy totalnie dojrzali 55+. Biali, Chińczycy, Czarni, Hindusi… Każdy może wszystko. (Żartuję, 10 przykazań obowiązuje zawsze i wszędzie.) Ale nikt na nikogo nie patrzy wilkiem, nikt się nie boi, że zostanie pobity czy publicznie zlinczowany. Takich zakręconych ludzi mijasz na ulicach, pracujesz z nimi i chodzisz na firmowe (lub nie) browarki. Nieważne w co wierzysz, jak wyglądasz i jak się ubierasz. Na ulicach mijasz tak wielu różnych ludzi, w tylu różnych stylówkach, w tylu kolorach skóry… Każdy z nich jest indywidualnością samą w sobie, więc choćbyś pomalował się na tęczowo od stóp do głów, dokleił skrzydła jednorożca i śpiewał harcerskie piosenki to wierz mi – nikogo to nie wzruszy. No, może ktoś zapyta czy może Cię przytulić, bo mu się spodobałeś. Lubię taki świat. Krótka piłka: nikt nie robi Ci krzywdy,nie zaczepiacie się wzajemnie, więc macie być dobrze wychowani i tolerancyjni. I koniec. To Twój zasrany obowiązek nie wściubiać nosa w nieswoje sprawy.

      #     Randomowi ludzie mówią Ci na ulicy Cześć i się do Ciebie uśmiechają. Ludzie się UŚMIECHAJĄ. Kiedy łapiesz z kimś kontakt wzrokowy na ulicy, choćby przez ułamek sekundy, ta osoba od razu się uśmiecha. A Ty odruchowo uśmiechasz się do niej. I poziom endorfinek leci do góry, i od razu jakoś tak weselej na świecie. To się dzieje codziennie i uśmiecham się na samo wspomnienie. Serio. To był dla mnie duży szok po powrocie do Polski. Na kogo nie spojrzę z uśmiechem, wszyscy wkurwieni! Co poszło nie tak?

     #    Regularnie, w każdy weekend, Anglicy wychodzą z domów i spędzają czas w pubach, knajpkach i restauracjach. Bez względu na wiek i płeć wszyscy jedzą, piją i imprezują do białego rana. W tych pubach aż kipi – muzyka jest głośna, więc każdy mówi głośno, żeby się usłyszeć, cześć osób tańczy, część śpiewa karaoke, ktoś gra w rzutki, albo w karty, część od godziny gada na papierosie. I w tym wszystkim masa ludzi w wieku naszych rodziców i dziadków. Czy celebrują życie, zabijają czas czy zapijają smutki? Wolę myśleć, że to konsekwencja spokojnego, stabilnego życia. Że możesz, że masz czas, chęci i pieniądze, i tak po prostu, dla samego funu wychodzisz z domu poheheszkować z ziomeczkami. Czego właściwie chcieć więcej?

     #    W klubach nie ma szatni. Nie ma miejsca, żeby zostawić kurtkę, więc sexy foczki i odpicowane koty nie zabierają ze sobą okryć wierzchnich. No tak, podjeżdżają pod klub taksą czy uberem i później tak samo wracają do domu. Drobny problem pojawia się kiedy jest na przykład zima, jest noc, więc jest zimno w chuj, a przed klubem jest kolejka kilkudziesięciu osób. I wszyscy z gołymi nogami, plecami, rękami, głowami, niektórzy też z tyłkami i cyckami, wiadomo. I niby pełen styl i glam, ale skóra trochę posiniała, a szczęki jakby miały powypadać ze stawów. No i oczywiście widzimy takich młodzian po 18-20 lat, ale są w tym tłumie też takie tygrysice i laparty 40-50+. Jaja jak berety.

    #    Wielka Brytania nie ma tramwajów! Jest tylko 8 miast, po których można pojeździć tramwajem. Także po UK jeździmy piętrowymi busami (choć nie zawsze, te mniej oblegane linie są „normalnie” jednopoziomowe). A to dlatego, że w latach 30. XXw. tramwaje utrudniały ruch kierowcom samochodów, więc władze pomyślały, że busy też są samochodami i problem się rozwiąże, jak ludzie z tramwajów przesiądą się do autobusów. I warto dodać, że w takim Leeds nie ma bus pasów, uliczki są wąskie, dużo jednokierunkowych, na palcach jednej ręki można policzyć odcinki 2-3 pasmowe (2 czy 3 miasto w Anglii pod względem populacji). Także jak można się łatwo domyślić – takie średnio skuteczne to rozwiązanie w XXI wieku.

    #    Na przystankach autobusowych ludzie ustawiają się w kolejce na chodniku i po kolei, jeden za drugim, kulturalnie wchodzą do autobusu pierwszymi (i jedynymi) drzwiami, a każdy ma obowiązek odbić swój bilet (lub go kupić). I problem z gapowiczami rozwiązuje się sam. Bang! Z jednej strony fajnie, bo oszczędzamy na kontrolerach, ale z drugiej odbywa się to kosztem samych pasażerów, bo autobus stoi i stoi, i ludzie odbijają te swoje bilety, i kupują, i wsiadają i wsiadają… I tym sposobem nikt nie dba o rozkład jazdy, bo autobus w 70% przypadków jest spóźniony pomiędzy 5 a 15 min, a tak ze 20-25% jeszcze więcej. To bardzo dużo jeśli masz się nie spóźnić do pracy. Kilkukrotnie miałam też przyjemność przesiadać się w inny autobus lub na pociąg o określonej porze. No, nie jest kolorowo.
I w tym miejscu pozwolę sobie na propsiki dla Warszawy, bo mamy tutaj naprawdę światowy poziom organizacji transportu miejskiego. Na maksa szanuję prostotę poruszania się po mieście, jakość informacji, wygodne przesiadki, ceny biletów i masę możliwości ich kupienia – a jeden lepszy od drugiego. Może nie jesteśmy Bóg wie jaką metropolią, ale transport mamy rozpykany. Jaram się i doceniam. I napawa mnie dumą kiedy siedzę w tym zaśmieconym, rozklekotanym, rzucającym autobusie w Yorkshire i myślę sobie, gdzie ja jestem! Gdzie ten Zachód!

First Bus Leeds – obraz powszedni

    #    Anglicy są grubi i dobrze im z tym. W Polsce raz w życiu widziałam gościa, który zajmował dwa siedzenia w autobusie i spanikowałam trochę jak nie mógł się z nich podnieść. W Anglii takie widoki to codzienność. A na dodatek ci mega otyli ludzie, którzy nie mogą się ruszać (lub im się tak bardzo nie chce) jeżdżą na tych swoich elektrycznych wózeczkach. Znaleźli sposób na rozwiązanie problemu, czaicie? Nie muszą chudnąć, żeby dać radę się ruszać. Muszą kupić wózek, który pozwoli im się nie ruszać! Nie zrozumcie mnie źle, sama nie jestem szczupła. Ale na litość boską, jakbym była tak gruba, że nie mogłabym wyjść samodzielnie na zakupy, to chyba dostateczny znak, żeby przestać robić zakupy w ogóle. No, także tak bardzo beztrosko można toczyć swoje hedonistyczne życie.

    #    To się ściśle wiąże z kulturą gotowania – nie istnieje. Jeśli już gotuje się w w domu to gotowe dania z supermarketów. Serio. Anglicy średnio przywiązują wagę do tego co jedzą i nie chodzi o to, żeby dostarczyć organizmowi potrzebnych składników i witamin, a żeby się po prostu nie czuć głodu. Także na mieście wybierają głównie pizze, podwójne burgery, wielkie steki albo te wybitne fish’n’chips prosto z głębokiego tłuszczu. No bo to jest najsmaczniejsze, wiadomo. Ale wiadomo też, że smaczne to pojęcie względne, szczególnie kiedy mówimy o ludziach polewających frytki octem (zamiast soli) i mających chipsy o smaku octu. ¯\_(ツ)_/¯
 Historia z życia, uwaga! Proszę wygodnie usiąść, bo ta historia pokazuje mega odmienny system niż ten który znamy. (Ja znam.) W pracy jem sobie kalafiorową, przekozacką, ze śmietaną, sama zrobiłam, omnomnom. Siedzi koło mnie babeczka, taka z 60+ i pyta mnie co ja mam w tej zupie, że mi tam coś pływa. Wyjaśniam, że warzywa. Kalafiorową jem, więc kalafiorek, ziemniaczki, marcheweczka, wiadomix. A ona się trochę dziwi i pyta dalej: – Ale jak to? To ugotowałaś te warzywa i dorzuciłaś do zupy?   Nie skumałam o co jej chodzi, więc zaczęłam jej tłumaczyć proces powstawania zupy kalafiorowej ;d Najpierw bulion na mięsku i warzywkach, później dodajesz ziemniaki i kalafior, a na końcu śmietanę, no i masz warzywa w zupie, bo są zdrowe i trzeba je zjeść, a nie wyrzucać. A ona słuchajcie prawie spadła mi tam z krzesła i zdziwiona pyta czy sama ją ugotowałam.  – No sama ugotowałam. Skąd niby miałam wziąć zupę, jakbym nie ugotowała? A Ty nie gotujesz zup?   A ona zszokowana na maksa, patrzy na mnie z niedowierzaniem i mówi z pełnym przekonaniem – No co Ty. Przecież zupy kupuje się w Asda albo Heron Foods..  W PUSZKACH. Kobiecinka 60 lat, całe życie kupuje puszkowane zupy w marketach i patrzy na mnie z politowaniem, bo chyba myśli, że mnie nie stać… I wtedy ja nieomal spadłam z krzesła. 
Myślę, że chodzi o pewnego rodzaju hedonizm i pożytkowanie czasu na rzeczy, na które chcesz mieć czas. Po co przejmować się bóg wie jak ambitnymi zakupami, a później gotowaniem, jak można spędzić 30 minut na obiedzie, a ten zaoszczędzony czas poświęcić na coś fajnego, co faktycznie chcemy robić. I ja to szanuję. To totalnie ma sens. Ale nazwałabym to również niedbalstwem i olewactwem, bo można się trochę zorganizować, chociaż trochę zadbać o to co się w siebie pakuje. Można zmienić trochę nawyki, przeorganizować swój plan dnia, tygodnia. Wszystko jest do zrobienia. Ale niestety najłatwiej iść na prościznę i podgrzać coś gotowego w 15 minut. I tak właśnie rodzice wychowują swoje dzieciaki na Wyspach. Także wiedzcie, że trzeba używać głowy, żeby nie obudzić się na zakupach na wózku elektrycznym z takim małym  koszyczkiem z przodu. Tylko zdrowy rozsądek może nas uratować!

Ciekawostka: Takie „polskie” śniadanko z bułką, żółtym serem, szynką, warzywami, jajeczniczką czy jogurtem z płatkami nazywa się w menu (uwaga, uwaga) continental breakfast – śniadanie kontynentalne. Jakbyśmy zapomnieli, że nie jesteśmy częścią kontynentu i tu panują inne zasady. (Oczywiście trochę kpię, bo ta nazwa jest używana aż od XIXw., więc bez urazy.) Ale zdjęcie mam tylko typowego full english breakfast, generalnie nie do przejedzenia i raczej głównie na dzień po imprezie. 

 

    #    Tak bardzo jak nie lubię angielskiej pogody, wiecznego zimna, ciągłego braku słońca i nieustannie siąpiącego deszczu, tak bardzo przyznaję, że krajobrazy Anglii są po prostu piękne. Anglia jest po prostu urocza, wygląda jak z filmów, jak ze średniowiecza i jak z bajki jednocześnie : ) Wszędzie są wzgórza, skarpy, skały, ogromne parki, lasy, do tego równo skoszone, zielone trawniki i zabytki wyjęte ze świata króla Artura.
(Oczywiście fotograf ze mnie jak z koziej dupy trąba, także polecam The Shambles(York), Kirkstall Abbey (Leeds) i Yorshire Dales (Yorkshire) sobie pogooglować, bo widoki zapierają dech w piersiach.)

[URIS id=1243]

 

Chcesz nabić sobie dzisiaj good karma? Daj link do posta na Facebooku czy Insta Story. Niech świat się dowie, że istnieję i mam mega dużo do powiedzenia! Wyślę Ci masę swojej dobrej energii, słowo! <3

 

Pozdrawiam, wszystkiego dobrego!

Ostatnia część serii:

Wspomnienia emigranta #3 Nieważne gdzie żyjesz. Żyj

 

Basia Romanowska

Żyję w zgodzie ze sobą. Inspiruję do spełniania marzeń i podążania za głosem serca. Chcę rozbudzać w Was świadomość własnych potrzeb i jakościowego życia. Rozwijam też własną firmę IT zajmującą się testami aplikacji. Zapraszam Cię do świata, gdzie normalność to wrażliwość, satysfakcja i radość z życia oraz spełnianie marzeń <3 Poznajmy się!

Wesprzyj to co robię i dołącz do grupy mikrozachwytowiczów. Ciesz się żyćkiem <3

Śledź sociale Mikrozachwytów, dziel się swoimi mikrozachwytami i oznaczaj @basiaromanowska (IG) lub @ilovemikrozachwyt (FB). Uśmiechnijmy się do siebie.
Daj się poznać ♥